Miałam kiedyś marzenie…

…to było jeszcze wtedy, gdy wolno było mi marzyć. Chciałam coś odkryć, komuś pomóc. Wyjechać. Zasłynąć. Może zakochać się. Poznać fajnych ludzi. Studiować. Szkolić się. Z marzeń został mi pył w głowie, tak uciążliwy jak kurz na meblach. Myślałam, że jestem stworzona do wielkich rzeczy. Do czegoś ważnego. Ale nie. Chociaż, kto wie? Czy miłość jest czymś ważnym? Czymś na tyle wzniosłym, by dla niej rezygnować z marzeń?

Nie, to nie była miłość od pierwszego spojrzenia, zupełnie inna od tych z piosenek i wierszy. Przynajmniej dla mnie była…zaskoczeniem. I z jednej strony cieszę się, że ją mam, ale z drugiej…czy nie za wiele dla niej poświęciłam? I czy w ogóle istnieje granica poświęcenia dla miłości? Czy istnieje granica, po przekroczeniu której należy powiedzieć sobie „dość, nie warto”?

I patrzę, jak ON śpi obok mnie. Taki spokojny, wyciszony. A obok, w łóżeczku śpi Mały. Jeśli wierzę w anioły, to właśnie taki wyraz twarzy mają, jak małe, śpiące dzieciątka, które czują się bezpiecznie. Patrzę tak na nich i nadal się zastanawiam. Gdybym spełniła marzenia, nie byłoby ich dziś obok mnie. Ale może byłoby lepiej? A może to jest właśnie…szczęście?